poniedziałek, 11 stycznia 2016

Dijon

Miniony rok był bardzo udany i bardzo pracowity (chociaż taka praca przynosi mi więcej satysfakcji niż zmęczenia). Oprócz wielu oryginalnych przedsięwzięć związanych opolskimi motywami ludowymi wzięłam udział w paru wyjazdach mających na celu promocję regionu za granicą.

Perełką był krótki ale bajeczny wyjazd do Dijon.
Burgundia jest jednym z trzynastu regionów partnerskich Województwa Opolskiego. Przebyłam ponad 1300 km i znalazłam się w zupełnie innym świecie, rządzącym się odmiennymi zwyczajami i kulturą.


Francuzi są fenomenalni, mam wrażenie, że nigdzie się nie spieszą, uwielbiają celebrować każdą minutę dnia, a przy okazji są tak zwyczajnie poukładani.
Takie wnioski wyciągnęłam podczas pierwszego wieczora kiedy po zakwaterowaniu się w hotelu i prysznicu wybrałam się "na miasto" żeby coś zjeść. Mimo bardzo późnej godziny, wszystkie restauracje były pełne. Widać było, że delektują się czasem spędzonym w towarzystwie.

W końcu i nam się udało. Idąc przykładem lokalnej młodzieży zjadłam najlepszego wegetariańskiego kebaba z frytkami i musztardą... na schodach Grand Theatre. :) Przyznam Wam się szczerze, że miało to swój urok; ciepła czerwcowa noc, pięknie oświetlone zabytki i coś przyjemnego dla podniebienia.

Z kolei następny dzień zaczęłam od śniadania i ŚNIADANIA! Pierwsze w hotelu, szybkie instrukcje dotyczące planu dnia i marsz na miasto w kierunku Les Halles centrales de Dijon.

Niepozorny budynek ze stali i szkła okazał się jedną z głównych atrakcji i jednym z bardziej rozpoznawalnych zabytków stolicy Burgundii.

Tam trafiliśmy na drugie śniadanie. Niby na luzie ale jednak. Podczas posiłków podejmowane są decyzje nieraz strategiczne. Les Halles zaprojektowane przez Clement Weinberger'a - inżyniera i architekta miasta - nadają się do takich rozmów idealnie. W budynku znajduje się 246 miejsc wystawienniczych, a pomiędzy nimi stoliki gdzie można na chwilę przysiąść, zjeść; napić się kawy, wina (o dziwo przez cały pobyt nie spotkałam nikogo, kto piłby herbatę), porozmawiać...


Całość robi piorunujące wrażenie. Na tle klimatycznego Dijon, ten "futurystyczny" twór jakby nie pasuje, a mimo to od 1875 (budowa trwała dwa lata) wciąż cieszy się ogromnym powodzeniem.
Nic dziwnego, to prawdziwy raj dla smakoszy.




Dijon ma to do siebie, że można odnieść ważenie jakoby ciągle podróżowało się w czasie.
Centrum miasta miało szczęście uniknąć zniszczeń podczas trwających światowych konfliktów co zaowocowało przepięknymi uliczkami z zabytkowymi domami, pałacykami i kościołami.


W chwili obecnej, historyczne centrum Dijon jest klasyfikowane jako obszar chroniony. Stopniowo ulice przemienia się w deptaki gdzie można spokojnie spacerować i podziwiać. :)

A jeśli o spacerowaniu mowa...
W centrum miasta można natknąć się na takie oto drogowskazy, nie trudno odgadnąć, że ewidentnie gdzieś prowadzą.


Ten mały ptaszek widoczny na kierunkowskazie to sówka - symbol Dijon.
Tabliczki te prowadzą do wyrzeźbionej w kamiennej elewacji kościoła Notre Dame małej sowy.
Według legendy, gdy będąc w Dijon, dotknie się lewą ręką tej rzeźby i pomyśli życzenie - ono się spełni!


Uwielbiam takie historie! :)
Kiedyś postaram się o posta z opolskimi legendami.
Tym czasem, region w którym miałam okazję spędzić prawie 3 dni słynie z wyjątkowej musztardy. Na każdym kroku można natknąć się na sklepikarzy sprzedających ten sos. 


Musztarda znana już była na początku naszej ery i powstała w starożytnym Rzymie. Początkowo przypisywano jej właściwości lecznicze takie jak leczenie bóli reumatycznych, poprawę trawienia tłuszczy czy obniżanie ciśnienia krwi. Sądzono nawet że działa antybakteryjnie.
W 1752 roku, Jean Naigeon - mieszkaniec Dijon - postanowił udoskonalić recepturę musztardy zastępując ocet moszczem winnym (kwaśny sok z niedojrzałych winogron). Obecnie zamiast moszczu, musztardy Dijon zawierają białe wino.
Też pokusiłam się o kilka (nooo kilkanaście [!!!]) słoiczków tego wyrobu.


Muszę przyznać, że to wyborny produkt. Musztarda występuje w różnych wariantach smakowych, od "ostrej do bólu" (tak było napisane na etykiecie), po łagodne z bazylią albo estragonem, miodem czy gorczycą. Trudno zdecydować który smak najlepszy.

Trudno uwierzyć, że w zaledwie 2 dni udało mi się tak dużo zobaczyć, tym bardziej że wieczorem miałam jeszcze coś do zrobienia. :)


Dzięki uprzejmości Departamentu Współpracy z Zagranicą i Promocji Regionu UMWO i Biura Województwa Opolskiego w Moguncji [klik], razem z Panem Franciszkiem - właścicielem Cukierni Magosz mogłam uczestniczyć w Dniach Regionów Partnerskich  organizowanych przez Dom Nadrenii-Palatynatu w Dijon. Podczas tego festynu pokazaliśmy z czego słynie Województwo Opolskie. Mieszkańcy naszego regionu partnerskiego byli zachwyceni atrakcjami turystycznymi, foldery przygotowane przez biuro promocji zachęcały ich do odwiedzenia mojej małej ojczyzny. Z kolei tradycyjny wypiek jaki serwowała Cukiernia Magosz znikł w oka mgnieniu, po kołaczu z makiem, serem czy rabarbarem pozostały jedynie śladowe ilości okruszków. Porcelana ręcznie malowana w opolskie motywy ludowe, którą ze sobą zabrałam też robiła furorę, nie mniejszą niż drewniane jajka na piku które razem z dziećmi ozdabialiśmy na wzór Opolskiej kroszonki


I jak to niestety często bywa; wszystko co dobre - szybko się kończy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz